W obecnej sytuacji społecznej ofiary przemocy domowej nie mogą liczyć na szybką i skuteczną pomoc wymiaru sprawiedliwości, m.in. z uwagi na ograniczony zakres działania sądów, w tym wąski zakres spraw, które podlegają rozpatrzeniu jako pilne. Nawet w polskiej rzeczywistości przed koronawirusem, często sprawy, które ze względu na wątki przemocy, powinny być rozpoznane błyskawicznie, ciągną się miesiącami, a nawet latami. 

Niejednokrotnie ciężko też wykazać, że taka przemoc w ogóle ma miejsce, bo przemocy psychicznej czy ekonomicznej nie widać na zewnątrz, a i ta fizyczna nierzadko jest głęboko ukrywana. Do tego, często ofiary przemocy wypierają fakt, że jej doświadczają, wmawiając sobie, że szarpnięcie albo przepchnięcie to w sumie nic takiego i pozwalają oprawcy na więcej i więcej. Nierzadko zdarza się, że obwiniają siebie mówiąc, że przecież czymś partnera/męża/żonę sprowokowały. 

Być może znasz kogoś, kto wysyła sygnały o tym, że coś złego dzieje się w jego domu.

Przeczytaj, udostępnij i sprzeciwiaj się przemocy domowej !

W ramach przyłączenia się do akcji społecznej: Wyjść nie możesz, ale #możeszuciec !, wymierzonej w przeciwdziałanie przemocy domowej, która przybiera na sile w czasach koronawirusowych ograniczeń, powodując, że ofiary tej przemocy są zamknięte w domach ze swoimi oprawcami, postanowiłam zapytać o skalę problemu i możliwość pomocy u źródła.


Zaprosiłam do rozmowy panią Beatę Kolską-Lach:

- psycholożkę, trenerkę Polskiego Towarzystwa Psychologicznego I i II stopnia, certyfikowaną terapeutkę Międzynarodowego Towarzystwa Terapii Systemowej, współzałożycielkę Terenowego Komitetu Ochrony Praw Dziecka w Poznaniu, biegłą sądową powoływaną w sprawach rodzinnych i nieletnich, członkinię Zespołu Programowego d.s. opracowania Miejskiego Programu Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie w Poznaniu;

- prowadzącą diagnozę układu rodzinnego, terapię dzieci z zaburzeniami emocjonalnymi i wykorzystanych seksualnie, konsultacje dla rodziców, konsultacje i superwizje dla pracowników instytucji i organizacji pomocowych, a także warsztaty i treningi w zakresie podnoszenia kompetencji zawodowych dla pedagogów, psychologów, pracowników socjalnych i służby zdrowia, warsztaty dla rodziców, wykłady podczas specjalistycznych konferencji.

Podczas rozmowy poruszałyśmy tematy związane z różnymi formami przemocy wobec dzieci: od tych, które są napiętnowane społecznie, a ich skutki są szeroko publikowane i potępiane w mediach (tj. ciężkie pobicia dzieci), poprzez takie formy, które są często niezauważalne (jak przemoc emocjonalna wobec dziecka), do takich, które wciąż ogromna część społeczeństwa uznaje za dopuszczalne formy wychowania (jak klaps, potrząsanie czy szarpanie dziecka).

Zapraszam do przeczytania i udostępniania.

W obliczu poważnego konfliktu rodzinnego, który zmierza w kierunku rozstania się małżonków lub partnerów, bądź konfliktu trwającego pomiędzy ludźmi, którzy przeszli już rozstanie, ale wciąż nie są w stanie uzgadniać spraw związanych ze wspólnymi dziećmi, w pewnym momencie, co najmniej jedna ze stron czuje się na tyle „przyparta do muru”, że sięga po argument ostateczny, komunikując drugiej stronie: „Pozwę Cię”!

Być może, jako radca prawny, którego dużą częścią pracy jest reprezentowanie klientów w sądzie, powinnam swoich klientów do wytoczenia sprawy zachęcać (a przynajmniej nie zniechęcać). Jednakże, na podstawie wielu przeprowadzonych i toczących się spraw obserwuję, że nawet najsprawiedliwszy wyrok nie osiągnie takiego celu, jak wypracowana wspólnie ugoda. Ma to szczególne znaczenie wówczas, gdy w środku tego konfliktu są dzieci, których potrzeby zawsze, prędzej czy później, w obliczu rozkręcającej się batalii sądowej schodzą na dalszy plan.

W dobie pandemii, z którą przyszło nam się mierzyć i związanymi z nią ograniczeniami, chociażby w poruszaniu się, wychodzeniu z domu, prowadzeniu biznesów, wykonywaniu pracy, uprawianiu sportu, spotykaniu się z przyjaciółmi, łatwo jest utracić balans pomiędzy tymi sferami życia, które dotyczą nas, jako jednostki, a życiem rodzinnym. Przestajemy mieć możliwość „ucieczki” we własne życie zawodowe i towarzyskie od problemów, które być może były wcześniej, ale dało się je jakoś ukryć, przeczekać lub wręcz przeciwnie – stawić im czoło, zacząć terapię albo wyprowadzić się, wnieść pozew o rozwód, o alimenty, o podział majątku.

Internet zalewają memy z życia rodzinnego, traktujące o skutkach spędzania czasu z rodziną, np.: "skończysz rodzinną kwarantannę, jako a) alkoholiczka b) w ciąży c) rozwiedziona d) wszystkie odpowiedzi są prawidłowe". To, co chwilowo śmieszne, często bywa boleśnie prawdziwe, zwłaszcza w relacjach, którym już przed epoką wirusa daleko było do ideału. Z jeszcze gorszymi sytuacjami mają do czynienia rodzice, którzy już się rozstali, mieszkają osobno i dzielą się opieką nad dziećmi. Nowa, nieznana dotąd sytuacja epidemiologiczna w połączeniu ze strachem o zdrowie własnych dzieci, generuje bowiem nowe problemy, niejednokrotnie przeradzające się w sytuacje „na ostrzu noża”.

Większość moich zawodowych rozmów w sprawie rozwodu zaczyna się od wyjaśnienia, jak to właściwie jest z tą winą. Niektórzy niemalże w pierwszym zdaniu czynią zastrzeżenie, że „mamy za wszelką cenę jej czy jemu udowodnić, że zrujnowali mi życie”. Inni ze strachem pytają:  „Czy będą musieli iść w tą winę?”, „Czy będą musieli przez to przechodzić?”, albo „Czy muszą już gromadzić dowody?”. Małżonkowie często są w błędnym przekonaniu, że wina zapewnia im jakieś wyjątkowe korzyści w zakresie opieki nad dziećmi albo przy podziale majątku. Nic bardziej mylnego. Można przez 2 lata prowadzić proces w kierunku orzekania o winie, a o opiece nad dziećmi i tak zadecyduje sąd na podstawie istniejących więzi rodziców z dziećmi, aktualnych potrzeb emocjonalnych dzieci i etapu ich rozwoju, a także kompetencji rodzicielskich rozwodzących się małżonków (przynajmniej w teorii, ale to już temat na inny tekst). Podział majątku również może ciągnąć się latami i wina w rozpadzie małżeństwa nie będzie miała żadnego znaczenia. 

Zajrzyj na nasze SOCIAL MEDIA